«Powersat — satelita energetyczny»

- 5 -

— Nie jestem — warknął Dan. — Wahadłowiec jest ważnym elementem całości. Jeśli nie będziemy mieli taniej i niezawodnej metody transportu na orbitę, satelita energetyczny będzie tylko wielkim bibelotem na niebie.

— Bibelotem? — Yamagata przez sekundę wyglądał na zaskoczonego. — Aha, czymś kosztownym i bezużytecznym.

— Dokładnie, Sai.

— Więc masz zamiar kontynuować budowę wahadłowca?

— Jeśli zdołam.

Yamagata zawahał się na moment, po czym rzekł:

— Mogę dostarczyć ci kapitału na trzy kolejne lata, nawet przy obecnym poziomie strat.

— Nie, dzięki, Sai. Tkwiłbym po dwakroć w szambie, gdybym pozwolił komuś położyć łapy na moje firmie.

Yamagata westchnął dramatycznie.

— Ależ ty jesteś uparty, Danielu. Randolph dotknął swojego krzywego nosa.

— Też to zauważyłeś?

Drzwi uchyliły się i zajrzała asystentka Randolpha.

— Joe Tenny przyszedł — powiedziała. — Pogrzeb pani Aarons…

Tenny przepchnął się obok niej: niski, pulchny, ponury mężczyzna w koszulce i ciasnym, srebrnoszarym swetrze oraz nowych błękitnych dżinsach.

— Trzeba się zbierać na pogrzeb Hannah, szefie — powiedział szorstko, lecz rzeczowo. — Ja prowadzę.

CHARTUM, SUDAN

Asim al-Baszyr siedział spokojnie z rękami złożonymi na brzuchu, a pozostali siedzący wokół stołu radośnie gratulowali sobie nawzajem. Głupcy, pomyślał. Ale utrzymywał na okrągłej, brodatej twarzy starannie wystudiowaną obojętną minę.

Nazwali się Dziewiątką. Żadnych poetyckich imion, żadnych bohaterskich deklaracji czy odważnych czynów. Po prostu Dziewiątka. Pracowali w tajemnicy, planowali w tajemnicy, a nawet zwycięstwa święcili w tajemnicy.

Tutaj, w sali konferencyjnej zapuszczonego hotelu, gdzie pachniało stęchłym cynamonem i zepsutym olejem używanym do smażenia w kuchni po drugiej stronie korytarza, większość miała na sobie plemienne szaty, także ich sudański gospodarz, który siedział na końcu stołu, okutany w białą galabiję i turban. W podupadłej stolicy zapomnianego przez wszystkich Sudanu byli bezpieczni: nie było tu wścibskich oczu ani zabójców z Zachodu. A przynajmniej tak im się wydawało. Al-Baszyr nosił jednak zachodni garnitur, choć nienawidził krawata.

— Powstrzymaliśmy Amerykanina — rzekł wysoki, brodaty Saudyjczyk, uśmiechając się radośnie. — Jego marzenia legły w gruzach, czy raczej w szczątkach jego wahadłowca.

- 5 -