«Saturn»

- 9 -

We wszystkich kierunkach rozpościerał się zielony krajobraz skąpany w ciepłych promieniach słońca. Łagodnie pofalowane trawiaste wzgórza, kępy drzew, małe, wijące się strumienie gdzieś daleko, we mgle. Grupa stała na niewielkim wzniesieniu, z którego roztaczał się widok na wnętrze habitatu. Po obu stronach zakręcającej ścieżki rosły gęste zarośla kwitnących na czerwono hibiskusów i oleandrów w kolorze bladej lawendy. Ścieżka prowadziła do grupy niskich budynków, białych i błyszczących w świetle słońca wlewającym się przez długie okna. Śródziemnomorska wioska, pomyślał Eberly, na łagodnym zboczu trawiastego wzgórza, nad błyszczącym błękitnym jeziorem.

Tak mógłby wyglądać prospekt biura podróży zachwalający ideał śródziemnomorskiej wsi. Gdzieś daleko widać było tereny uprawne, małe, prostokątne pola, które wyglądały na świeżo zaorane, i kolejne grupy pomalowanych na biało budynków. Nie było horyzontu. Teren po prostu zakrzywiał się coraz bardziej, wraz ze wzgórzami, trawą, drzewami i kolejnymi małymi wioskami z brukowanymi uliczkami i połyskującymi strumieniami, coraz wyżej i wyżej, aż Eberly musiał zadrzeć głowę, by przyjrzeć się wspaniale utrzymanej zieloności.

— Oszałamiające — szepnęła Maronella.

— Szokujące — dodał ktoś.

Dziewiczy świat, pomyślał Eberly, nietknięty wojną, głodem ani nienawiścią. Nietknięty ludzkimi uczuciami. Czekający, aż ktoś go ukształtuje i okiełzna. Może wcale nie będzie aż tak źle.

— To musiało kosztować fortunę — rzekł beznamiętnie młody mężczyzna. — Jakim cudem konsorcjum było na to stać?

Profesor Wilmot uśmiechnął się i dotknął wąsów końcem palca.

— Tak naprawdę kupiliśmy to na wyprzedaży likwidacyjnej. Poprzedni właściciele zbankrutowali, próbując urządzić tu ośrodek dla emerytów.

— Kto dziś idzie na emeryturę?

— I dlatego właśnie zbankrutowali — odparł Wilmot. — Ale koszty…

— Międzynarodowe Konsorcjum Uniwersytetów ma pewne środki — rzekł Wilmot. — Mamy też wielu absolwentów, którzy potrafią być hojni, jeśli się ich odpowiednio podejdzie.

— Czyli kiedy im się wystarczająco mocno wykręci rękę — zażartowała jakaś kobieta. Reszta roześmiała się, nawet Wilmot uprzejmie się uśmiechnął.

— Cóż — rzekł profesor. — Stało się. To będzie wasz dom przez następne pięć lat, a dla wielu z was o wiele dłużej.

— Kiedy zaczną przybywać następni?

- 9 -