«Saturn»

- 4 -

— Rany boskie, Suz, Saturn jest dziesięć razy dalej od Słońca niż Księżyc.

— I co z tego? — odparła Susan, nadal z tym denerwującym uśmiechem. — Ty poleciałaś do Pasa jako pierwsza, prawda?

— Tak, ale…

— Poleciałaś też na stację na orbicie Jowisza?

Pancho skinęła tylko głową.

— Więc ja polecę na Saturna. Nie będę sama. Będzie nas dziesięć tysięcy. Naprawdę! Malcolm potrafi odsiać krzykaczy i znaleźć dobrych pracowników. Pomogę mu przy rozmowach.

— Postaraj się, żeby mu nie pomagać przy niczym innym — mruknęła Pancho.

Uśmiech Susan stał się demoniczny.

— Jak dotąd zawsze zachowywał się jak dżentelmen.

— Oby mi się tyłek na harleyu przysmażył — mruknęła Pancho. Do licha, pomyślała, od prawie trzydziestu lat pnę się po szczeblach kariery w korporacji, a już po dziesięciu minutach z Susie mówię z akcentem z zachodniego Teksasu.

— To jest coś wspaniałego, Panch — rzekła Susan, zupełnie szczerze. — To prawdziwa misja. Lecimy na pięcioletnią wyprawę, żeby badać system Saturna. Naukowcy, inżynierowie, farmerzy, cała samowystarczalna społeczność!

Pancho dostrzegła, że jej siostra jest naprawdę podekscytowana, jak dzieciak w drodze do wesołego miasteczka. Do licha, pomyślała. Susie ma ciało dorosłej kobiety, ale umysł nastolatki. Jeśli jej nie ochronię, czeka ją tam tylko smutek.

— Zgódź się, Pancho — rzekła cicho Susan patrząc na siostrę spod opuszczonych rzęs. — Powiedz, że nie jesteś na mnie zła.

— Nie jestem zła — odparła szczerze Pancho. — Martwię się. Będziesz tam sama.

— Z dziesięcioma tysiącami innych!

— Bez starszej siostry.

Susan nie odzywała się przez sekundę, po czym wyciągnęła rękę nad stolikiem i sięgnęła po dłoń Pancho.

— Panch, nie rozumiesz? Właśnie dlatego to robię! Muszę zrobić coś sama! Nie mogę żyć jak dziecko, za które zawsze ktoś wszystko robi! Muszę być wolna!

Opadając na miękką, uginającą się sofę, Pancho mruknęła:

— Tak, pewnie tak. Chyba zawsze zdawałam sobie z tego sprawę. Tylko… tylko martwię się o ciebie, Susie.

— Nic mi nie będzie, Panch. Zobaczysz.

— Mam nadzieję.

Susan zerwała się z ulgą na równe nogi i ruszyła do drzwi.

— Zobaczysz! — powtórzyła. — Będzie super. Kosmicznie!

Pancho westchnęła i wstała.

— Och, a tak poza tym — rzekła Susan, oglądając się w otwartych drzwiach gabinetu — zmieniam imię. Nie chcę już nosić imienia Susan. Odtąd będę Holly.

- 4 -